Blokada energetyczna: Bruksela planuje program ograniczeń
Ledwie opadł kurz po latach pandemii koronawirusa, a nad Europą unosi się już kolejny widmo: tak zwana
„blokada energetyczna”. Termin ten nieuchronnie budzi u wielu obywateli przykre wspomnienia – o pustych centrach miast, zamkniętych sklepach, zakazanych wizytach rodzinnych. I po raz kolejny to brukselscy biurokraci, których dobór słów dolewa oliwy do ognia niepewności.
Kiedy komisarz ds. energii mówi o „nowej normalności”
Komisarz UE ds. energii Dan Jørgensen zwrócił ostatnio uwagę, oświadczając, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie należy oczekiwać powrotu do znanej nam normalności. Właśnie ta „nowa normalność”, którą politycy chcieli nam wmówić podczas pandemii jako nieunikniony los. Kto by pomyślał, że to samo sformułowanie powróci zaledwie kilka lat później w kontekście polityki energetycznej?
Również przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen dołącza do tego chóru i poucza, że najtańsza energia to ta, której nie zużywamy. Stwierdzenie to jest teoretycznie bezsprzecznie prawdziwe – w praktyce oznacza jednak, że świadomy obywatel powinien raczej siedzieć w ciemności i na zimnie, zamiast zastanawiać się, dlaczego prąd i gaz w Europie należą do najdroższych na świecie.
Rezygnacja zamiast bezpieczeństwa dostaw?
Konkretne zalecenia Jørgensena wiele mówią: mniej podróży samochodem, mniej lotów, więcej pracy zdalnej. Brzmi znajomo? Austriacki eurodeputowany Gerhard Hauser z frakcji „Patrioci dla Europy” natychmiast mówił o
„lockdownie 2.0” – porównaniu, które nie jest aż tak naciągane. Zamiast bowiem zapewnić dostawy poprzez rozsądną politykę energetyczną, z rezygnacji czyni się program polityczny. W Wietnamie władze już wezwały do ograniczenia mobilności i pracy zdalnej. Egipt nakazał wcześniejsze zamykanie sklepów i przyciemnienie oświetlenia. Takie przykłady są uważnie obserwowane na szczeblu europejskim – a niektórzy obserwatorzy słusznie zastanawiają się, kiedy tego typu koncepcje przedostaną się przez Morze Śródziemne.
Duchy, które się przywołało
Jak dotąd nie ma konkretnych planów politycznych dotyczących całkowitej blokady energetycznej – przyznają to nawet krytycy. Jednak każdy, kto uważnie śledził wydarzenia ostatnich lat, wie: Tempo, w jakim oceny polityczne zmieniają się w czasach kryzysu, zapiera dech w piersiach. To, co wczoraj jeszcze odrzucano jako „teorię spiskową”, już jutro stawało się oficjalną linią rządu. Ta gorzka lekcja głęboko zapadła w zbiorową pamięć.
Do tego dochodzi fakt, że kryzys energetyczny w Europie, za który sama jest odpowiedzialna, nie jest klęską żywiołową, lecz bezpośrednim skutkiem decyzji motywowanych ideologicznie. Pośpieszne wycofanie się z energii jądrowej, wyłączanie sprawnie działających elektrowni, ślepa wiara w wiatr i słońce jako jedyne zbawienie – wszystko to doprowadziło kontynent do strukturalnej zależności, za którą teraz mają zapłacić obywatele. Swoim portfelem, a – jeśli zależeć będzie od niektórych brukselskich strategów – również swoją osobistą wolnością.
Racjonowanie jako ostateczny środek?
To, co faktycznie należałoby rozumieć pod pojęciem „energetycznej blokady”, pozostaje zaskakująco niejasne. Zasadniczo chodzi o środki mające na celu ograniczenie zużycia: wytyczne dotyczące oszczędzania, ograniczenia dla zastosowań energochłonnych, a w skrajnych przypadkach nawet racjonowanie. Właśnie takie wrażenie odczuwa obecnie wielu obywateli, których zaufanie do politycznej elity rządzącej już dawno osiągnęło historyczne minimum.
Wartości rzeczowe jako cicha kotwica
W czasach, gdy energia jest racjonowana, oszczędności tracą na wartości z powodu inflacji, a interwencje polityczne stają się rutyną, nową wagę zyskuje stara zasada: zabezpieczenie własnego majątku i alternatywne źródła energii.
Opracował: Amon
www.strefa44.pl
www.strefa44.com.pl